poniedziałek, 10 października 2011

Пору́чик Киже́ (Porucznik Kiże)

Jeśli ktoś kojarzy film Porucznik Kiże, to najprawdopodobniej dlatego, że muzykę doń skomponował sam Sergiusz Prokofiew (tak przynajmniej sugeruje wyszukiwarka Google). Tymczasem sowiecki film z 1934 roku w reżyserii Aleksandra Fajncymmera wart jest tego by przypomnieć o nim również kilka innych faktów.


Podstawą scenariusza była nowela historyczna Jurija Tynianowa, rosyjskiego pisarza i teoretyka literatury, opublikowana w roku 1927. Tynianow z kolei zainspirował się znaną w Rosji anegdotą o oficerze, który w wyniku pomyłki urzędniczej zaczął figurować w dokumentach, mimo że nigdy nie istniał w rzeczywistości. Nie przeszkadzało to w karierze papierowego oficera, gdyż wolą cara Pawła I wspinał się on po kolejnych rangach wojskowych. Dopiero gdy świeżo nominowany na pułkownika został zaproszony przez oblicze cara, okazało się że to kuriozalna pomyłka. W obawie przed wyjściem sprawy na jaw, Pawła poinformowano jedynie, że oficer nagle zmarł.

Jak łatwo się domyślić, dziewiętnastowieczna anegdotka świetnie nadawała się do rozwinięcia jako satyra na stary reżim. Komedia Fajncymmera opiera się na śmiesznostkach ekscentrycznego, rozkapryszonego samowładcy Pawła I oraz carskiej biurokracji, która drżąc w strachu przed carem jest w stanie obmyślać nawet najbardziej absurdalne intrygi.  W filmie, porucznik Kiże zostaje powołany do życia, ponieważ w obawie przed karą nikt nie śmie skorygować popełnionego błędu. Biurokratyczny chochlik nabiera realności, kiedy Kiże zostaje oskarżony o zakłócenie snu cara i zesłany za to przewinienie na Syberię. Następnie, znany ze zmiennych nastrojów Paweł rehabilituje go, awansuje do stopnia generalskiego, a nawet żeni, wszystko poza obecnością samego zainteresowanego. Kiedy jednak car zechce wreszcie osobiście poznać nowego faworyta, jego dworzanie muszą spreparować jego śmierć.

Bardzo interesujące, że film wszedł na ekrany w ZSRR w roku 1934 i odpowiednie władze nie zauważyły wówczas (a może zignorowały?) możliwości odczytania go jako satyry na biurokrację radziecką, w której strach przed odpowiedzialnością również był zasadą organizującą pracę, a i rozmaite absurdy z pewnością nie należały do rzadkości (przychodzi na myśl choćby wymyślone przez Erenburga mnożenie królików na papierze w Burzliwym życiu Lejzorka Rojtszwańca). Tymczasem taka właśnie interpretacja sama narzuca się widzowi oglądającemu ten film współcześnie. Co więcej, silniejszą gorliwością w cenzurze (a może mniejszym poczuciem humoru) wykazali się polscy cenzorzy. Kiedy w sezonie 1972/73 przygotowywano w Teatrze Polskim w Warszawie inscenizację Porucznika Kiże, PRL-owska cenzura zdjęła spektakl po próbie generalnej i do premiery nie doszło.

Film obejrzeć można w całości tutaj. A na koniec, żeby oddać honor Prokofiewowi, pieśń skomponowana do filmu. Nota bene Sting wykorzystał potem jej motyw w swojej piosence Russians. 

czwartek, 6 października 2011

Na Sybir

Tematy związane z Rewolucją 1905-1907 były w polskim kinie międzywojennym mocno eksploatowane. Pisałem już o Młodym lesie Józefa Lejtesa, a teraz czas na film Henryka Szaro z 1930 roku pod tytułem Na Sybir, z Adamem Brodziszem i Jadwigą Smosarską w rolach głównych.

Henryk Szaro (właściwie Szapiro) miał 30 lat kiedy przystąpił do realizacji Na Sybir. Rok po bardzo dobrym Mocnym człowieku zrealizowanym z międzynarodową ekipą, zabrał się za temat patriotyczny, angażując przy tym mocną i popularną grupę aktorów. Adam Brodzisz gra Ryszarda Prawdzica, który jest ważną figurą wśród polskich rewolucjonistów, znaną szeroko pod pseudonimem „Sęp”. Rosjanie za wszelką cenę chcą go złapać, więc aby usunąć się na jakiś czas w cień Prawdzic wyjeżdża na wieś. Pracuje  jako korepetytor w szlacheckim dworku gdzieś na Kujawach i tam zakochuje się z wzajemnością w pannie Renie (Jadwiga Smosarska). Ona nie wie kim Ryszard jest naprawdę, chociaż zna wyczyny „Sępa” z prasy i uważa go za bohatera. Kiedy Prawdzic zostaje nagle wezwany przez towarzyszy do Warszawy i wyjeżdża bez pożegnania, Rena jedzie za nim, żeby zrozumieć co się stało. Prawdy dowiaduje się za późno. Rosjanie aresztują Prawdzica (choć nie wiedzą, że mają w ręku legendarnego „Sępa”) i wysyłają go na Syberię. Film mógłby skończyć się znanym motywem kobiety, która za swoim ukochanym jedzie na katorgę, ażeby towarzyszyć mu w niedoli, ale w tym przypadku Rena rusza w ślad za swoim ukochanym, aby przygotować jego ucieczkę.

Z pewnością mocną stroną filmu jest obsada głównych ról. Amant Brodzisz (przedwojenne dziewczęta zwykły mówić: „Ach, Brodzisz! Omdlewam gdy wchodzisz.”) dobrze pasuje do roli konspiratora-rewolucjonisty, a w sekwencji syberyjskiej, w futrze i z zarostem naprawdę przykuwa uwagę widza. W ogóle ostatnia, syberyjska sekwencja (kręcona w Puszczy Białowieskiej) przedstawiająca wędrówkę zesłańców i spektakularną ucieczkę „Sępa” prezentuje się z dzisiejszej perspektywy najlepiej i najbardziej świeżo. Zresztą przedwojenna publiczność również reagowała na nią najbardziej żywiołowo. Szkoda tylko, że w tym wszystkim moment kulminacyjny został rozwiązany deus ex machina. „Daj bombę!” mówi ni stąd ni zowąd „Sęp” do Reny i wysadza za jednym zamachem całą grupę pościgową. W kontekście całego filmu można jednak wybaczyć to scenariuszowe pójście na łatwiznę, tym bardziej że scena jest zmontowana naprawdę fachowo.

Adam "Omdlewam jak wchodzisz" Brodzisz i Jadwiga Smosarska.
Na Sybir łączy w sobie elementy melodramatu i filmu sensacyjnego. Wartości patriotyczne, zazwyczaj mocno eksponowane w polskim międzywojennym filmie historycznym, przedstawione są przede wszystkim w kontraście z dręczącym Polaków wszechobecnym rosyjskim aparatem policyjnym (szpicle są wszędzie; rewizje, aresztowania, tortury na porządku dziennym). Rosjanie przedstawieni są tutaj jako wyrafinowani sadyści, jak na przykład przesłuchujący bohaterów pułkownik Sierow lub jako funkcjonariusze przekupni, nadużywający alkoholu, niehonorowi (scena gry w karty na Syberii). Wizerunek Rosjanina w filmie jest więc dosyć jednoznacznie negatywny i bardziej czytelny niż w Młodym lesie, gdzie zaborcy stosowali przede wszystkim intelektualny, „miękki terror”. W ostatniej scenie filmu, ku pokrzepieniu serc, reżyser pokazuje maszerujące polskie wojsko oraz dzieci Ryszarda i Reny, młode pokolenie, które będzie w przyszłości bronić wolności ojczyzny. Postarzały Prawdzic patrząc na nie, wydaje się być tego pewny.

"Sęp" na Syberii (granej przez Puszczę Białowieską).
Na Sybir był początkowo filmem niemym, który udźwiękowiono i ponownie wpuszczono do kin w roku 1937. Udźwiękowienie nie oznaczało, że zwyczajne w kinie niemym napisy międzyujęciowe zniknęły. Dograno do filmu po prostu trochę dźwięków (przede wszystkim odgłosy strzałów), kilka dialogów oraz pieśni patriotycznych, które miały wzmacniać filmowy efekt. Całość została też poszerzona o wstęp współscenarzysty filmu Wacława Sieroszewskiego, pisarza, który był zarówno Sybirakiem, jak i powstańcem 1905 roku. Film w tak poszerzonej wersji można obejrzeć tutaj.

sobota, 1 października 2011

Cud nad Wisłą

O Bitwie warszawskiej Jerzego Hoffmana trudno byłoby mi napisać pochlebną notkę, a złe recenzje wolę pozostawić profesjonalnym krytykom. Trzymając się jednak tematu, warto przypomnieć pierwszy film, który traktował o tej ważnej dla historii Polski i Europy bitwie. Był to Cud nad Wisłą, którego premiera miała miejsce 16 marca 1921, a więc zaledwie siedem miesięcy po przełomowym epizodzie wojny bolszewickiej i dwa dni przed (!) podpisaniem tzw. traktatu ryskiego, kończącego konflikt.

Film zrealizowano na zamówienie Wydziału Propagandy Ministerstwa Spraw Wojskowych i widać, że na projekt nie szczędzono funduszy. Reżyserii Cudu nad Wisłą podjął się Ryszard Bolesławski, dla którego był to ostatni film nakręcony w Polsce. Ten znany już wówczas, choć wciąż młody reżyser, dalszą karierę filmową robił na Zachodzie. W filmie wystąpiła grupa znanych i popularnych aktorów, m. in. Kazimierz Junosza-Stępowski i Stefan Jaracz, czy młoda Jadwiga Smosarska, dla której był to jeden z pierwszych filmów w karierze (rok wcześniej wróżono jej zresztą wielką przyszłość po roli w filmie Bohaterstwo polskiego skauta tego samego reżysera). Sceny zbiorowe i bitewne zrobiono z dużym jak na tamte czasy i możliwości rozmachem. Z tych względów oraz, rzecz jasna, z powodu ważkiej i aktualnej tematyki, film cieszył się bardzo dużym powodzeniem wśród polskiej widowni.

Do dzisiaj nie zachowała się niestety pełna wersja obrazu. Zachowane elementy pozwoliły na odtworzenie zaledwie około 40 minut, które pozostawiają wiele luk i niedopowiedzeń w fabule. Niemniej całość ogląda się interesująco. Film łączy ze sobą wątki patriotyczne i melodramatyczne; mamy zdradę ojczyzny i wojenną rozłąkę, wszystko okraszone scenami bitewnymi, z pewnymi odniesieniami do konkretnych wydarzeń (śmierć księdza Skorupki).

Międzywojenne filmy patriotyczne nie rezygnowały z konwencji melodramatu. Kadr z filmu.

Jeśli mowa o konwencji, pozwolę sobie jednak na nawiązanie do najnowszego filmu Hoffmana. W swoim najnowszym obrazie reżyser Trylogii również postawił na konwencję melodramatyczną, która przeżywała swój najlepszy okres w kinematografii lat 20. Dobrze zrobiony melodramat mógł więc być ciekawym zabiegiem artystycznym, odwołaniem się do przeszłości nie tylko poprzez fabułę, ale również formę. Niestety Hoffman nie uniósł tego zadania i trójwymiarowe love story pomiędzy Urbańską i Szycem wygląda nieledwie na karykaturę melodramatów kina niemego, czy nawet Trędowatej, skądinąd przyzwoitego filmu, który Hoffman nakręcił 35 lat wcześniej.

Oczywiście, jeśli chodzi o technikę produkcji nie ma żadnego porównania. Batalistyczne zdjęcia Idziaka do Bitwy warszawskiej są świetne, podczas gdy w tym aspekcie film Bolesławskiego może co najwyżej śmieszyć współczesnego widza. Nie ma w tym nic dziwnego po dziewięćdziesięciu latach, które upłynęły od premiery, możliwości twórców wyewoluowały przez ten czas niewyobrażalnie. Kusząc się jednak na jeszcze jedno porównanie, do mnie bardziej przemawia oszczędna w wyrazie scena śmierci księdza Skorupki w filmie Bolesławskiego, niż jej odpowiednik w najnowszej superprodukcji. Hoffmanowski ksiądz, umierający w zwolnionym tempie przy wtórze anielskich chórów śpiewających „Boże coś Polskę” to filmowy lukier, od którego ilości może zrobić się trochę słabo.

Ksiądz Ignacy Skorupka trafiony bolszewicką kulą.

Wybierając się na pierwszy polski film 3D warto więc – przynajmniej dla kontrastu – obejrzeć pierwszy polski film o bitwie warszawskiej. W całości dostępny (ze wstępem profesora Jerzego Eislera) tutaj.